
W styczniu b.r. ukazał się kolejny tomik wierszy Ireny Duchowskiej „Rozmyślania z o. Stanisławem”. Druk i oprawa Bartosz Duda.
o. Stanisław – Olgierd Michał Dobrowolski (29.09.1918 – 23.06.2005)
Niezwykłą postać o. Stanisława miałam szczęście poznać w roku 1989. Jako nauczycielka fizyki, wychowawczyni abiturientów, po ostatnim dzwonku w Szkole Średniej w Akademii rejonu Kiejdańskiego w końcu maja wiozłam maturzystów do Podbrzeża. O. Stanisław wywarł na mnie ogromne wrażenie, miał szczególny charyzmat, stał się przykładem pobożności Maryjnej, przekazywał ewangeliczny sposób patrzenia na świat i życie. Rozsiewał subtelne fale miłości, które pozostawiały przestrzeń wolności zgnębionym, rozczarowanym, aby po podjęciu samodzielnej decyzji, mogli nieodwołalnie oddać się w ramiona Miłości, którą jest Bóg. Po raz pierwszy spotkałam kogoś podobnego. Dość szybko stał się moim duchowym powiernikiem. Przy pierwszym spotkaniu przyjął nas bardzo ciepło, życzliwie, grał na pianinie, śpiewał chorały, opowiadał o sobie. Od tego czasu zawsze wiedziałam, do kogo się zwrócić w trudnych chwilach. W 1990 roku o. Stanisław był przeniesiony do Datnowa, tu był chrzczony. Przez ponad 15 lat spotykaliśmy się nie tylko w niedziele. Z przyzwoleniem dyrektora szkoły Romualdasa Lengvinasa po lekcjach wielokrotnie z uczniami jeździliśmy na tłoki organizowane w celu uporządkowania zaniedbanego przez lata terytorium klasztoru, odkopywania podmurówek, zbierania i wywożenia gruzów i śmieci. Podczas prac porządkowych miał sporo nieprzyjemności nie tylko z powodu otwarcia ark w starych murach klasztornych, by móc podziwiać piękne widoki na rzeczułkę Datnówkę.
Tak się układało, że towarzyszyłam też gościom naszych polskich organizacji podczas wizyt u o. Stanisława, co sprzyjało w bezpośrednim obszerniejszym poznawaniu historii życia szanowanego w otoczeniu zakonnika. Przy każdej wizycie słyszało się jakieś nowe szczegóły z bogatego w trudne przygody życia. O. Stanisław chrzcił mego najmłodszego syna Kazimierza, przy Nim trójka moich dzieci przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej. Pater służył przykładem pobożnego życia, hartu ducha, wielbienia Stwórcy i przynoszenia mu chwały przez swoje dzieła. Był bardzo zdyscyplinowany i wymagający wobec siebie, niczego nie wymagał dla siebie, zimą chodził boso, posłanie miał z desek i słomy. Każdej nocy wstawał na modlitwę i medytację, był dla siebie bardzo surowy, prowadził rygorystyczny tryb życia. Jego duchowym testamentem było nie gonić za schizofrenicznym, chorym światem, ale czuwać z modlitwą, wspomagać świat wewnętrznym spokojem. Był lekarzem dusz, siał miłość i szerzył dobro, zawsze promieniował szczególnym światłem, życzliwością, spokojem, potrafił zrozumieć każdego i był blisko prostego ludu.
Znał doskonale sporo języków, bardzo dużo czytał, tłumaczył poezje. Ilekroć bywałam w Podbrzeżu czy Datnowie, zawsze można było tam spotkać ludzi z różnych zakątków nie tylko Litwy, ale i całego Związku Radzieckiego, Polski czy innych krajów. O. Stanisław przyciągał ludzi jak magnez, kto raz Go poznał, chciał do Niego wracać. Nazywano Go w czasach sowieckich „czerwonym księdzem”, bo udzielał ślubów, chrzcił dzieci komunistów, nie wpisując do ksiąg kościelnych, by im nie zaszkodzić w sprawowaniu władzy państwowej. Za to był w niełaskach u władz kościelnych. Nie wszystkim też księżom podobało się być w cieniu o. Stanisława, zazdroszczono mu popularności i tej iskry, która zapalała płomień w sercach spotykanych ludzi. Oprócz pracy duszpasterskiej zajmował się gromadzeniem różnych eksponatów z zamykanych kościołów, opuszczanych chutorów i upadających dworów. Zbierał po całej Litwie obrazy, różne dekoracje i ozdoby, zabronione sztandary, stare ornaty, latarnie, przedmioty codziennego użytku – takie jak narzędzia rolnicze, koła młyńskie, koła wozów, garnki, kłódki, klucze i przywracał je do życia. Z niszczonych cmentarzy zwoził metalowe ogrodzenia, które wykorzystał na płot dookoła terytorium kościoła i cmentarza w Podbrzeżu. Tłumaczył, że każda rzecz wykonana rękoma ludzkimi z miłością ma duszę, dlatego nic nie wolno wyrzucać na śmietnik. Dzięki temu powstało muzeum. O. Stanisław był bardzo skromny, cichy i bezpośredni, nigdy nie unosił się nad innymi, zawsze znajdował czas na rozmowę z przybyszem, potrafił pocieszyć, uspokoić, doradzić. Od dawna miał w swej opiece ludzi samotnych, bezdomnych, w depresji, chorobach groźnych myślami samobójczymi, wielu osobom uratował nie tylko zdrowie, ale i życie. Tulili się do niego tonący w rozpaczy i beznadziei, grzęznący w alkoholu, narkomanii, gracze – wszystkim pomagał, organizował terapie, pozwalał być obok siebie, wymyślał zajęcia dla rąk, by praca pomagała w leczeniu duszy, stąd ślicznie odnowione latarnie, krzyże itd. Każdy przypadkowy nawet przybłęda zawsze znalazł u niego ciepłą strawę i kąt na nocleg lub dłuższy pobyt. O. Stanisław pozwalał każdemu być obok niego, być w ciszy. Pomagał zrozumieć jak ważnym jest milczenie i przebaczenie nie tylko swoim krzywdzicielom, ale i sobie, za swe błędy i upadki. Szczególnie, kiedy zdradzają najbliżsi, ogarnia oburzenie z powodu nieprawidłowego traktowania. Kiedy z bólu trudno panować nad wzburzonymi emocjami, bierze złość na krzywdzicieli, trudno pohamować beznadziejne negatywne emocje, uczył – kto nie wybuchnie, ten zwycięża… Najważniejszym jest zwycięstwo nad sobą, zmiana swoich reakcji na wydarzenia, nie beznadziejne próby zmieniać innych.
O. Stanisław nigdy nie zamykał kościoła, mimo kradzieży, które się zdarzały, nie wymagał pieniędzy od parafian, kto ile może – Bóg zapłać, a biorąc datki, zawsze zapytał, czy nie oddajesz ostatniego grosza, może to On może jakoś pomóc. Opowiadał, że ojciec nie tylko nie pochwalał, ale sprzeciwiał się decyzji syna o wstąpieniu do klasztoru. W domu z ojcem i mamą (macocha, którą bardzo kochał) rozmawiał po polsku, do 7 lat nie znał języka litewskiego, chociaż później, jako obywatel Litwy, uważał siebie za Litwina.
Opowiadał o dwukrotnym zesłaniu na Sybir, ciężkiej pracy w łagrach w kopalniach węgla i na budowie w Incie i Warkucie. Trzy lata po wojnie bez sądu skazany na 10 lat zesłania przez NKWD za antyradziecką agitację, bo nawoływał ludzi do wiary i walki o wolność. Z wiarą i optymizmem potrafił modlić się i śpiewać nie tylko w kopalniach. Wspierał i dodawał otuchy współtowarzyszom niedoli. Stale był śledzony przez sowiecką bezpiekę, poddawany rewizjom, konfiskowano mu kazania, tłumaczenia wierszy Rilke. Zabraniano noszenia habitu kapucyńskiego i brody. Z bólem opowiadał też o trudnych okresach, kiedy zabraniano mu również posługi kapłańskiej, odprawiania mszy świętych.
Z Polakami zawsze rozmawiał po polsku, życzliwie udzielił pomieszczenia na polską bibliotekę w murach klasztornych, przyjmował z otwartym sercem gości z Polski, na terytorium klasztornym nad Datnówką pozwalał organizować ogniska i wszelkie spotkania z rodakami. A jak dla swojej grupy przywoziliśmy kartacze, to w obszernej klasztornej kuchni dzieliliśmy je na wszystkich aktualnych gości o. Stanisława. W kuchni na półce zazwyczaj leżała portmonetka z pieniędzmi, jak prosiliśmy, by ją schował, by nie zginęły, to mówił, jeżeli komuś bardziej będą potrzebne, więc może ich sobie wziąć. Nigdy nie odmówił pozwolenia na odprawienie Mszy Św. w języku polskim, jak tylko gościliśmy księdza Polaka.
11 czerwca 2005 r., w dzień III Festynu Kultury Polskiej „Znad Issy”, Msza św. w języku polskim odbyła się w Podbrzeżu, tylko o. Stanisława już nie spotkaliśmy. Od Wielkanocy ciężko chorował, był leczony w Kownie, ale wymagał, aby na soboty, niedziele dowożono Go do Podbrzeża. Ostatni raz Mszą św. pożegnał wiernych 5 czerwca. Opowiadał o swej ciężkiej chorobie. Żegnał się z parafianami, opowiadają, że cały kościół płakał. Mówił o tym, że człowiek, nawet nie mając sił fizycznych, musi być silny duchem. Cicho i cierpliwie znosząc ciężar choroby uczył jak w sposób pogodny godzić się ze swoim losem i starością. A sława świętości, którą cieszył się za życia, jeszcze bardziej narasta po jego śmierci.
O. Stanisław prezentował sobą postawę pokuty i nadzwyczajną pokorę, służył Bogu i ludziom wkładając wiele wysiłku, by osiągnąć wysoki stopień cnót chrześcijańskich, przez to budował ludzi swoją dyspozycyjnością, dobrocią i pokorą. Jego życie było hymnem na cześć Boga. Przechodząc przez kolejne trudne etapy i je pokonując, wspinał się coraz wyżej. Przyjmując stale zwiększający się zakres odpowiedzialności, zajmował coraz szersze miejsce w społeczności. Uczył, nie ulegać złudnym przekonaniom współczesnego świata, że wszystko musi być przyjemne. Nikt nie ma wrodzonej umiejętności i mądrości pokornego dźwigania swego krzyża, dlatego każdy musi się nauczyć pokonywać wszelkie przeszkody. Najlepszą drogą do osiągania zwycięstw jest uczenie się miłości, która prowadzi do pokonywania lęku przed nieznanym jutrem. Mając świadomość, że życie łatwym nie jest, mądry człowiek szuka pomocy i ją znajduje. Napotykane trudności mają inspirować nas do jeszcze większego wysiłku i uniżonego poszukiwania mocy Bożej.
Ojciec Stanisław niósł światło w mroki ateizmu, był odblaskiem obecności Boga w człowieku. Całe swe życie poświęcił misji Dobrego Pasterza. Pozostał jej wierny nawet w najtrudniejszych okolicznościach życia na Syberii. Czerpał siłę z osobistej komunii z Bogiem, z modlitwy. Opowiadał o tym podczas spotkań osobistych, licznych kazań. Szeroko otwierał drzwi swojego życia dla wszystkich. Po powrocie z zesłania nominowany był do pracy tylko w małych parafiach, mimo to samodzielnie aktywnie włącza się w szeroką działalność duszpasterską po całej Litwie. Zapraszany był do wielu kościołów na rekolekcje, konferencje, chociaż w okresie sowieckim głoszenie wiary było tłumione i prześladowane, a propaganda ateistyczna prowadzona była aż nazbyt aktywnie. O. Stanisław był działaczem oporu, wzywał do wolności, głosił bardzo odważne kazania, nie bał się otwarcie mówić o prześladowaniach wiary mimo przebytych łagrów i więzienia.
Przykładne życie o. Stanisława wywarło ogromny wpływ na życie ludzi, którzy mieli szczęście spotkać Go na swej drodze życiowej. Różne osoby podejmujące inicjatywy upamiętnienia Ojca czynią to w głębokim przekonaniu o Jego świętości. W imieniu własnym, moich dzieci, uczniów, kolegów i znajomych dziękuję Bogu za Jego duszpasterstwo, bezgraniczną ojcowską miłość, troskę, szczerość, otwartość i skromność. Nakazywał się modlić. Miałam sen, że o. Stanisław przykrył moją córkę Alinę i mnie swoim płaszczem.
Przez ostatnie lata każdy miesiąc 23 dnia w Podbrzeżu wierni zbierają się na modlitwę wpominając o. Stanisława i jego życie.
O. Stanisław służy wiernym wzorem świętości. Dzięki poznaniu o. Stanisława wiele osób nawróciło się. Niezmiernie ważnym dla ludzi, którzy Go poznali, jest wyniesienie Go do chwały ołtarzy. O. Stanisław nadal jest wśród nas. Zbieramy świadectwa w sprawie postępowania beatyfikacyjnego o. Stanisława. Modlimy się o wyniesienie Go na chwałę ołtarzy. Zasłużył na nią!
Irena Duchowska
Wiersze p. Ireny Duchowskiej
Książka i wiersze p. Ireny Duchowskiej to piękny promyk ducha, zaproszenia do refleksji, modlitwy, zachęta do ludzkiego, wartościowego podejścia do życia. To jest świadectwo wartości gruntownych, życiowych i przekraczających ponad nasze zrozumienie bytowania, życia ludzkiego w tym świecie. Ta prostota i wołanie płynie z tych wierszy pokornej i prostego serca autorki, która przemodliła pewne fragmenty swojego życia, emocje, wydarzenia i bliskich. I ten nasz świat bardzo potrzebuje odniesienia do spokoju, prawdy, dobra, piękna i sensu świata. Jak rozumiem, powstanie tej książki to była inspiracja postacią o. Stanisława Dobrowolskiego, kapucyna, kapłana i świadectwo jego życia. To wskazuje, jaką wartość posiada życie wiary, służby, miłości do innych i świata. Światło płynące od Boga, które jest obok nas i na świecie przekazane przez nas, to ogromna pomoc dla innych. To piękne świadectwo życia, tej Boskiej i ludzkiej różnorakiej symfonii pracy i modlitwy, która nadaje sens innym i samemu sobie. Miłej lektury, medytacji i inspiracji Boskich i ludzkich natchnień ku budowaniu cywilizacji miłości.
o. Wincenty Tamoszauskas, kapucyn
Codzienność wiernością omodlona
Historia ludzkiej cywilizacji od początku toczy się pomiędzy wyborem doba i zła. Każdy zaś człowiek wkracza w tę historię z własnym bagażem doświadczeń wraz ze swoim rozumem i wolną wolą, stając się równocześnie twórcą i panem tych dziejów. Ziemia na której stanęły stopy człowieka jest nie tylko godna szacunku i podziwu za jej piękno, ale jest również godna za to, że nas żywi i karmi, jak pisał w „Pieśni słonecznej” św. Franciszek z Asyżu. Szacunku do ziemi i drugiego człowieka uczył nasz wielki rodak św. Jan Paweł II, całując ją, gdziekolwiek przybywał jako pielgrzym pokoju i porównywał ten gest do ucałowania matczynych rąk. Niekiedy tę miłość trzeba okupić wielkim cierpieniem, wygnaniem i tułaczką. Doskonale rozumie to poetka Irena Duchowska dla której „kresowa kraina szczęścia” bije wciąż źródłem miłości dwóch ojczyzn: Polski i Litwy. Poetka pochodząca z Wileńszczyzny, absolwentka Wileńskiego Instytutu Pedagogicznego, przez długie lata mieszkająca i pracująca na Żmudzi, na ziemiach historycznej Laudy, w swoich najnowszych utworach przywołuje i utrwala pamięć o przeżytych latach, spotkanych ludziach i duchowych doświadczeniach, oddając tym samym tej ziemi swoje serce i swoją poezję.
Geopolityka Europy, po II wojnie światowej, zmieniła radykalnie również sposób życia pozostających na Kresach Polaków. Ta „Golgota wschodu/ więzienia bez krat/ na zimnych połaciach/ nieludzkiej ziemi” („Golgota”), nie zmieniła jednak ich patrzenia na tę umiłowaną ziemię, która bez polskich szkół, języka czy katolickiej liturgii musiała uczyć się na nowo chronić pokoleniowo swoją polskość i chrześcijańską wiarę w rodzinach, gdzie skądinąd nie brakowało nigdy oddanych patriotów. Do tego grona należał poznany i ogromnie szanowany przez poetkę o. Stanisław Olgierd Michał Dobrowolski, kapłan, wygnaniec i tułacz, legenda i żywy przykład świątobliwości. Nie dziwi zatem, iż poetka właśnie tę postać obrała sobie za przewodnika duchowego swoich literackich zamyśleń, dając je czytelnikowi pod rozwagę, a także zadumę nad wartościami, które w każdych czasach pomagają zachować i wiarę w Boga, i wiarę w szlachetność drugiego człowieka, gdy tylko „troski życia/ toną w strumieniu pacierza” („Troski”).
Siłą tej poezji jest niewątpliwie troska o zachowanie pamięci. To ona, nizana w umyśle, jak paciorki różańca, po kawałku, skutecznie, odsłania obrazy, zdarzenia, ludzkie twarze i zwykłe zachwyty nad niełatwą codziennością, która nieraz tak mocno i wspomnieniem zaboli, że aż „Skarżą się/ Listy nigdy niewysłane/ Ważne słowa przemilczane/ Uczucia skrzętnie kryte/ Blizną w sercu wyryte” („Skarga”). Tylko że to „grzebanie w popiele pamięci” („Nie warto”) wciąż jednak będzie powracać i duchowo dręczyć, i dlatego - jak wyzna poetka, choć - „Nie wiem,/ ile jeszcze mam czasu,/ więc muszę się śpieszyć/ zostawić/ po sobie ślad…” („Nie wiem”).
Irena Duchowska żyje Słowem. Ono nadaje jej wierszom odpowiedni kształt, emocje i rytm, przeciera ślady wyobraźni, ożywia je z dawnych marzeń i tęsknot, aby ocalić przynajmniej fragmenty od bezpowrotnego wyrzucenia na śmietnik historii, stąd właśnie „Złote harfy snów/ umęczone w tęsknocie/ scalają pęknięte freski pamięci” („Złote harfy”). U Ireny Duchowskiej herbertowski imperatyw, „aby dać świadectwo” jest czymś więcej niż tylko emocjonalnym zapisem, jest po prostu całym jej życiem!
Ileż w tych poetyckich zamyśleniach śladów Bożej obecności oraz ludzkiej dobroci. Poetka z osobistych wspomnień układa w całość ten kalendarz wdzięczności, według sobie tylko odpowiednio przypisanych dat, wdzięczna za „wiarę odzyskaną”, „za przygodę życia”, „za żarliwe modlitwy bratnich dusz”, „za przyjaciół spotkanych po drodze” („Dzięki”), a powracając w rodzinne strony powie: „pod rozpostartymi/ ramionami krzyża/ składam brzemię swych trosk/ by móc iść dalej…” („Tęsknota”). Wraz z dojrzałością wieku wiersze te zaczynają sięgać dalej, idą do duchowej krainy zaświatów, gdzie droga przez mitologiczną rzekę Acheron potrzebuje już innej odwagi oraz rachunku sumienia, aby ostatecznie przekroczyć próg ciemności ku wiecznej jasności zmartwychwstania. Kończy więc Duchowska ten poetycki zapiśnik pięknym wierszem „Mój testament”, świadoma nieuchronności innej już chwili, prosząc tych, co jeszcze na tej ziemi pozostaną: „Niebo wasze ma być słoneczne”.
Literacki styl Ireny Duchowskiej nie zawsze jest podporządkowany gramatycznym regułom i akademickiej dyscyplinie poetyki. Słowa tu piszą się inaczej. Zwyczajnie więc tracą umiar, są tak proste i szczere, że szybko zapadają w serce i poruszają wyobraźnię bez zbędnych konwenasów. Niewyszukane metafory czy rymy w niczym nie umniejszają tu emocjonalnemu stanowi ducha. Pozornie zagubiona Atlantyda w poetyckim świecie Duchowskiej zostaje ożywiona obrazami fotograficznej pamięci. Wierność jednak historii, podobnie jak wierność słowu ma swoją cenę, którą się płaci do końca. Poetka jest tego świadoma, gdy snuje swoje rozmyślania o ludziach i świecie, który pewnie już odszedł na zawsze, chociaż może powracać ludzką pamięcią czy westchnieniem. Duchowska pozostaje do końca poetką metafizycznej czystości bez nadużywania zbędnych terminów czerpanych z zadufanej w sobie filozofii czy teologii. To po prostu poezja piękna i sakralnego światła, gdzie czujemy się dobrze i gdzie możemy wciąż odnaleźć upragnioną ciszę i Boga.o. Eligiusz Dymowski
O modlitwach Ireny Duchowskiej
Irena Duchowska pozostaje poetką prawdziwą. Dawno ustaliła istotne dla siebie i świata azymuty. Wiele musiało się wydarzyć. Poetka wchłonęła wielką i małą historię, szczęścia i nieszczęścia, szybowała wysoko i stąpała twardo po ziemi. Szukała i traciła. Ufała i długo lizała rany, które od zawsze przynależą wrażliwym i czułym. Pisałem już kiedyś o tułaczej świadomości Ireny Duchowskiej. Wydaje się ona dominować w tej poezji. Czasami pobrzmiewa dosłownie. Czasami skrywa się w głębszej metaforze. W wywiadzie pubikowanym w londyńskim „Pamiętniku Literackim“ znalazło się kilka istotnch wyznań: „Bardzo boleśnie zmiany granic odbierali moi rodzice. Byli obywatelami Polski. Nigdy nie dali się przekupić sowietom, nie wstąpili do partii, nie zarzucili wiary, chodzili do kościoła póki starczyło sił, zawsze zostawali przy swoim, nie uznali zmian nazw polskich ulic na sowieckie, jak mi coś chcieli wytłumaczyć, używali polskiego nazewnictwa, co z kolei dla mnie, urodzonej dziesięć lat po wojnie było niezrozumiałe, bo nazwy były zmienione. Nie doczekali się zupełnej lituanizacji. Języka litewskiego rodzice nie znali. Dla mnie szokiem był przejazd do centrum Litwy, po szkole polskiej i studiach w grupie międzynarodowej. Języka litewskiego jeszcze nie znałam. Za mojej młodości w Wilnie wszędzie można było się jeszcze domówić po rosyjsku lub polsku, napisy były w trzech językach”. To głos teraźniejszy, który jest jednak echem zdarzeń fundamentalnych.
Gdybyśmy chcieli poszukać w tej poezji archetypicznych źródeł, dosyć łatwo trafilibyśmy na postać Odysa. Itaka mogłaby być wówczas podwileńską Słomianką. Troją cała tak poniżona przez sowietów polskość. Polifemami są zaczadzenie ideologią głupcy, którzy długo wytykali palcami, ranili niesprawiedliwymi językami tę upartą Polkę. Syreny łatwo zidentyfikować z wszędobylską pokusą karier, stanowisk, wyróżnień. Moglibyśmy mnożyć te podobieństwa. Doszukiwać się coraz ściślejszych związków z uniwersalnym losem człowieka wyrzuconego z rodzinnego domu i skazanego na mocowanie się z losem. Może dlatego konstruktem decydującym tej poezji pozostaje właśnie uparta tułaczka. Mniej, czy bardziej świadoma, ale przecież stale obecna, traumatycznie wklejona w poetycki i codzienny genotyp. Jeszcze jedno bolesne wspomnienie Ireny Duchowskiej: „Mamusia, jako jedyna kobieta w okolicy miała ukończoną Szkołę Rolniczą w Antowilu, więc władze sowieckie wezwały ją na rozmowę i sprawę postawiono wyraźnie: namawiasz bogatszych sąsiadów do dobrowolnego oddania gospodarki i ziemi do kołchozu, sama będziesz przykładem, idziesz na agronoma do kołchozu albo z tobołkiem na białe niedźwiedzie. Siostry opowiadały, jak przy huku zbliżającego się auta po szosie, mamusia kazała uciekać w żyto i dalej do biedniejszych krewnych, aby jeżeli wywiozą na Sybir, to przynajmniej bez dzieci”. Czy mogła z takich doświadczeń wystrzelić poezja sowizdrzalska? Czy mogła przesunąć się w stronę przysłowiowej sztuki dla sztuki? Czy mogła nie odszukiwać wdzięczności wobec osób i zdarzeń, które pozwoliły przetrwać w sowieckim, ale i litewskim kłębowisku różnych postaw i różnych emocji?
Dodatkową osią tej poezji jest niemal obsesyjny trud, ciągła próba udzielenia światu jak najcelniejszej odpowiedzi, czy może raczej riposty. Trudno ustalić, czy Irena Duchowska uznała dialog za odpowiednią formę komunikacji. Zazwyczaj i tak nikt Jej nie odpowiadał. Przedrzeć się przez te wszystkie losowe zawiłości to jednak była dosyć heroiczna powinność. Raczej obronna niźli zaczepna. W sukurs przyszła pamięć. Także spotkania. Pamięć o rodzinnym domu, owocowych drzewach, kwiatach, pszczołach, rodzicach poważanych przez sąsiadów. A spotkania? To bardziej skomplikowana sprawa. Najpierw był ksiądz Jan Naumowicz, zamordowany przez szaulisów, stryj Ireny, męczennik za Boga i Ojczyznę, zawsze obecny w rodzinnych opowieściach. Ale wojenna zbrodnia w Święcianach miała jeszcze jeden wymiar, do którego poetka przylgnęła. Księdzu Naumowiczowi proponowano ucieczkę. Odmówił. Obiecał wiernym, że zostanie z nimi, że zawsze wróci, że nie opuści. Metafizyka obecności do końca, do śmierci Krzyżowej. Ten imperatyw wierności, który oznaczał ofiarę z życia, stał się dla poetki źródłem i jedyną drogą spośród wielu oferowanych przez los. Duchowa iluminacja, dla postronnych trudna, niezrozumiała, czasami pewnie zbyt szorstka, albo pryncypialna, pozwoliła cierpliwie konstruować osobowość integralną, gotową dać świadectwo prawdzie, bez względu na rachunki, które przyszło często płacić. Właśnie dlatego, Irena Duchowska jest poetką prawdziwą.
Kolejne wiersze i kolejne tomiki pogłębiają tylko duchową głębię. Penetrują kolejne poziomy. Uzupełniają poprzednie modlitwy oraz intencje, konsekwentnie poddają się sacrum. Tym ważniejsze są medytacje o ojcu Stanisławie. Bywałem w tych ważnych miejscach związanych z wyjątkowym kapłanem. Słuchałem uważnie opowieści, którymi karmiła nas (to odpowiednie określenie) Irena Duchowska. Nie miałem wątpliwości, to jeszcze jeden mocny pośrednik prowadzący do Boga. Pośrednik zapoznany. Obejrzany. Usłyszany. Przyjęty do serca, umysłu, przywoływany na każdy kolejny dzień i resztę życia. Paradoksalnie, kiedy wszystkie te obrazy odpływają, oddalają się z braku kolejnych spotkań i rozmów, to jednak, te duchowe imponderabilia stają się jeszcze ostrzejsze. Trochę jak Norwidowski pamiętny diament przechowany na dnie popiołu, w jakimś metafizycznym depozycie.
Nie warto zamieniać słowa wstępnego w detaliczną egzegezę każdego wiersza. Czytelnik musi samodzielnie przejść przez to światło, które mocno kontrastuje z wszechobecną ciemnością. Sacrum i profanum, odwieczny kontrast, odwieczne bojowanie. Ważne, byśmy mieli trzeźwą świadomość z kim tak naprawdę mamy do czynienia. To są wiersze Boże, których najpiękniejszymi orędownikami pozostają Irena Duchowska, ksiądz Jan Naumowicz, ojciec Stanisław, wspominani Rodzice. Nie dla igraszek powstały. Nie dla pobieżnego czytania. Odrywają się ostatecznie od sponiewieranej, ale ufnej Autorki. Wiodą doskonale oddzielny żywot. Bywają głosem Stamtąd. Przypominają o kruchości, którą każdy z nas ma szansę zamienić w wieczność.
Klamrą lęków, starań, traum, nadziei okazuje się końcowy „Mój testament”. Nie, nie jest kolejna poetycka kreacja, ani artystyczna prowokacja. Irena Duchowska nigdy nie pozwoliłaby sobie na takie lekceważenia. Zbyt mocno i szczerze zawierzyła, by rzucać słowa na wiatr i niepotrzebnie zwracać na siebie uwagę. To ważne podsumowanie. Jeszcze jedno wołanie z egzystencjalnej krawędzi. Pomódlmy się zatem wspólnie. Niechaj ten świat, dzięki czystemu słowu, nabiera siły na dalsze trwanie. Dariusz Łukaszewski,
Kadzidło

